15 grudnia 2011, Gdańsk, godz. 19.20-19.40

Telefon dzwoni w chwili, kiedy podczas gry Marianka ratuje małpkę przed upadkiem z drzewa.

– To Martynka, porozmawiaj z siostrą – mówię.

Marianka słucha. Z jej twarzy powoli znika uśmiech. – Tato, to nie Martynka, to jakiś pan!

Odkładam grę.

– Pan Krzysztof? Lepiej niech pan szybko przyjdzie pod szkołę – słychać przestraszony głos.

– Coś się stało Martynie! – krzyczę. – Przy skrzyżowaniu, między gimnazjum a kościołem.

Żona zamiera na chwilę. Sekundę później wybiega z domu tak jak stoi.

Ubieram Mariankę, biorę ją za rękę i wychodzę. Z daleka widzę niebiesko-czerwone światła karetki. Samochody wjeżdżają na trawnik, żeby ominąć blokadę jezdni. Dookoła dziesiątki ludzi.

Staję przy krawężniku. Widzę, jak żona wali pięściami w drzwi ambulansu. Krzyczy, żeby ją wpuścić. Czuję chłód. Dłoń kurczowo zaciśniętą na rączce Marianki. Nogi, które nie chcą się ruszyć. Głowa, która nie chce myśleć. Nie, to nie może być to. Skąd ta plama krwi na asfalcie? Dlaczego taka duża? Podchodzą policjanci. Mechanicznie odpowiadam na ich pytania. Na poboczu dostrzegam czerwoną skodę. Znam ją doskonale. Rozglądam się. Spostrzegam w tłumie znajomą twarz.

Pozostało 95% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej