Nic dziwnego zatem, że dzieło pod tytułem „Mnich” wzbudziło u mnie chorobliwą ekscytację jeszcze przed premierą, zapomniałem przy tym zupełnie, że podniecać się za szybko nie należy, bo i spełnienie może okazać się nad wyraz wątpliwe, jak przyjdzie co do czego.

Naturalnie, że w czasach pełzającej teokracji (co ja mówię, pełzającej, teokracji dumnie i wysoko unoszącej głowę!), w czasach gdy każdego dnia wyczekujemy w napięciu, co nam arcybiskup Jędraszewski powie, gdy słyszymy zdania Gomułką czy Cyrankiewiczem inspirowane, jakie Prezes wygłasza o tym, że „kto podnosi rękę na Kościół, podnosi rękę na Polskę”, w takich czasach potrzeba wielkich powieści o katolikach. „Mnich” jednak żadnych potrzeb nie spełnia, co mówię z goryczą i złością nawet.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Były zakonnik Tadeusz Bartoś napisał powieść "Mnich": Wróciły wspomnienia z 20 lat w systemie psychicznej opresji

Pozostało 83% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej