Kamil, właściciel dobrze prosperującej firmy w stolicy, idzie wykonać badanie w kierunku chorób przenoszonych drogą płciową. Nie ma stałego partnera, chciałby upewnić się, że nikogo niczym nie zakazi. Wybiera największą w Warszawie klinikę zajmującą się diagnostyką i leczeniem takich zakażeń. Pamięta to tak: panie w recepcji traktują pacjentów pogardliwie, odsyłają z kwitkiem, robią łaskę, patrzą jak na kur…, nie zapisują na godzinę, więc na swoją kolej trzeba czekać bardzo długo, zero intymności, każdy każdego mierzy wzrokiem, jakby zgadywał, z jakim problemem ten drugi przyszedł.

Za którymś razem w gabinecie zabiegowym Kamil słyszy: „Co pan wyprawia, że potrzebne są takie badania?”.

Następnym razem Kamil idzie do lekarza prywatnie. Wykupił pakiet medyczny w popularnej sieci przychodni. Tam, kiedy prosi o skierowanie na kompleksowe badania w kierunku chorób przenoszonych drogą płciową, słyszy: „Zamiast się badać, powinien pan znaleźć stałego partnera”. I skierowania nie dostaje.

Pozostało 93% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej