Kuzyn

– Mariusz był ode mnie starszy o cztery lata. Zamieszkał z nami, gdy jego matka umarła na raka. Było nas siedmioro. Ja, mój młodszy brat, dwójka przyrodniego rodzeństwa, moja matka i ojczym. I on – mówi cienkim, niemal dziecięcym głosem Agnieszka. Rozmawiamy w przytulnej kawiarni na Górnym Śląsku, w niewielkiej miejscowości, z której pochodzi. Agnieszka sprawia wrażenie wycofanej, przestraszonej.

– Miałam 10 lat, gdy Mariusz gwałcił mnie wszystkim, co było pod ręką. Kredkami, trzonkiem latarki. Podduszał, przystawiał do szyi nóż. Czasem stłumione krzyki budziły mojego młodszego brata, z którym dzieliłam pokój. Na szczęście niewiele pamięta, był za mały.

Przed pierwszym gwałtem byłam wesoła, ufna. Śpiewałam w autobusie, zbierałam stonki, kradłam sąsiadom zielony groszek. Potem przestraszona, czujna, wsłuchiwałam się w skrzypienie podłogowych desek.
Pozostało 96% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej