Jedna mówi, że wrony zawracają właśnie tu. Druga, że parę wiosek dalej, i to w przeciwną stronę. Kilkadziesiąt drewnianych domów pod granicą białoruską, zamieszkanych najwyżej pięć. Średnia wieku – powyżej 70 lat. Kotów podobnie jak ludzi z roku na rok coraz mniej. Nikt z mieszkańców nie ma samochodu. Jeśli dotrze tu lekarz i zostawi receptę, nie ma gdzie jej wykupić. Dwa razy w tygodniu można pojechać autobusem 30 kilometrów dalej do apteki. Wstąpić przy okazji do cerkwi, kościoła, Biedronki. Można, ale już nie ma jak wrócić.

Lekarka i fizjoterapeutka przyjechały z Białegostoku, odległego o jakieś 60 kilometrów. W domu z beżowym piecem kaflowym zegar wskazuje 19.04. Telefony komórkowe – 21.04, czas białoruski. Jedna przywiozła tort w kształcie serca, druga róże w doniczce. Przyjechały na 76. urodziny pani Niny. Ma dziś na sobie różową piżamę w serduszka i skarpety w różowo-niebieskie paski.

Pozostało 96% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej