Ojciec Ani, Gerard Plichta, miał dwie walizki.

– Czarna miała przetartą na brzegach skórę i zamknięcie na klamrę. Druga była granatowa. Tata zawsze je ze sobą zabierał, gdy wypływał. Był starszym rybakiem. Tłumaczył mi, że jego statek to wielka pływająca fabryka do połowu i przetwórstwa śledzi. Pływał całe moje nastoletnie życie. Skończył, jak miałam 17 lat, to był rok 1994. Miał wypadek. Zgromadził masę historii z morza. Ale zapamiętałam tylko jedną. Z 20 razy opowiadał, jak kapitan rękawem zahaczył o taśmę produkcyjną. Tata natychmiast wcisnął przycisk i zatrzymał maszynę. Gdyby nie jego refleks, kapitan straciłby rękę, zostałaby odcięta przez noże. Kapitan był mu bardzo wdzięczny. Mama przypominała: „Gerard, już to mówiłeś”. A ja zaprzeczałam, żeby tacie nie było przykro.

Za bony od taty Ania z siostrą chciały kupić Barbie. Ale w Pewexie i Baltonie nie było ani jednej. – Były tylko Fleur – takie lalki z dużą głową. Myśmy napisały list do taty. Przypłynął na święta. Na dworze było już ciemno, gdy przyjechał. Usiadł w przedpokoju. Po gorącym powitaniu, gdy pierwsze emocje już opadły, zaczęłyśmy z siostrą wołać: „Tatuś, tatuś, masz te Barbie?”.

Pozostało 92% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej