Sierżant Filip S. i młodsza stopniem Karolina F. pracowali w komisariacie policji w Pobiedziskach, 30 kilometrów od Poznania.

W maju ubiegłego roku zaczęli służbę o godzinie szóstej rano. Przełożony zgodził się, by Filip skończył wcześniej, bo śpieszył się do domu.

Pierwsze zadanie: pojechać po świadka, który nie stawiał się na rozprawie. Sąd kazał go zatrzymać i doprowadzić. W domu świadka była tylko jego siostra. Powiedziała, że on pracuje u sąsiada. Policjanci pojechali, rozpoznali poszukiwanego, ale nie zatrzymali. Bo sierżantowi S. nie chciało się wozić go do sądu. Wolał pojechać na zaplanowane wcześniej ćwiczenia na strzelnicy. Karolina nie protestowała. Wrócili do komisariatu.

Sierżant zameldował, że świadka nie zastali i nie wiedzą, gdzie może być. „Siostra powiedziała, że brat wyszedł do pracy, ale nie wie gdzie” – skłamali w notatnikach.

Pozostało 94% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej