Sierżant Filip S. i młodsza stopniem Karolina F. pracowali w komisariacie policji w Pobiedziskach, 30 kilometrów od Poznania.

W maju ubiegłego roku zaczęli służbę o godzinie szóstej rano. Przełożony zgodził się, by Filip skończył wcześniej, bo śpieszył się do domu.

Pierwsze zadanie: pojechać po świadka, który nie stawiał się na rozprawie. Sąd kazał go zatrzymać i doprowadzić. W domu świadka była tylko jego siostra. Powiedziała, że on pracuje u sąsiada. Policjanci pojechali, rozpoznali poszukiwanego, ale nie zatrzymali.

Pozostało 97% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej