Nie zacząłbym oglądać na Netflixie filmu dokumentalnego „Płaskoziemcy”, gdybym nie wiedział, że zwolenników teorii głoszącej, że Ziemia w istocie nie jest kulista, ale płaska jak patelnia i otoczona pierścieniem lodu, przybywa. Gdybyż opowieść tyczyła wyłącznie małego grona sympatycznych świrów, może zerknąłbym na ów dokument wyłącznie dla hecy, by zabić duchową pustkę, choć raczej odpuściłbym, albowiem i tak mam rozpaczliwe zaległości w filmach fabularnych. Przeważył jeden argument, który kazał mi się rzucić do oglądania, mianowicie że wiara w płaskość Ziemi, będąc światopoglądem, owszem, niszowym, zarazem rozprzestrzenia się coraz intensywniej, że poniekąd jest to wiara przyszłości. Historia zna doskonale przypadki niewielkich grup zdeterminowanych nawiedzeńców, początkowo traktowanych z lekceważeniem bądź pobłażaniem, którzy nie wiedzieć kiedy i jakim sposobem niemal przejmowali władzę nad światem. Nie mówię, że wszyscy w jakiejś perspektywie uwierzą w płaskość Ziemi albo do takiej wiary zostaną przymuszeni, rozumiem to w wielkiej mierze metaforycznie, jako element galopujących zmian, jakie następują w umysłach Ziemian.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej