Do północnej stacji pomp prowadzi szutrowa droga. Za nami tumany pyłu, we wstecznym lusterku widzę przemykające zające i bażanty. Wyznaczone od linijki pola ciągną się po horyzont, mijamy maszyny do nawadniania, wielkie bębny z nawiniętymi setkami metrów gumowych rur. Każda ma koła i silnik, poruszają się automatycznie, dostarczając wodę wszędzie tam, gdzie jest potrzebna. Widok tych maszyn sprawia, że cała ta przestrzeń wydaje mi się jeszcze bardziej nieludzka.

W końcu tuż za linią przydrożnych drzew pojawia się północna stacja pomp – największa i jedna z pięciu odpowiadających za przenoszenie wody z rzeki na wyżej położony taras łąk.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej