Wspięliśmy się na klif. Na trawiastym szczycie ujrzałem land cruisera, ognisko i kilku uzbrojonych ludzi. Dwóch siedziało po turecku w cieniu akacji. Jednym z nich był Ali Duulaay z pistoletem na kolanach, drugi – pulchny gość o cienkim głosie – przedstawił się jako Omar. Dobrze mówił po angielsku.

– Musimy zadzwonić do twojej rodziny – oznajmił, bawiąc się komórką.

– Nie mam jej za wiele – odparłem.

– Żona?

– Jestem rozwiedziony.

– Ojciec?

– Umarł, gdy byłem młody.

– A matka? Masz jej powiedzieć, że okup wynosi dwadzieścia milionów dolarów.

Zbaraniałem. Dwadzieścia milionów? Czysta patologia! Musiałem się smętnie uśmiechnąć, bo Omar krzyknął: „Nie śmiej się!”, Ali zaś podniósł pistolet, niedwuznacznie grożąc mi pobiciem.

– To nie żarty! Mamy informację, że jesteś szpiegiem.

– Nieprawda.

– Powiedz im, żeby nie nasłuchiwali twojego głosu! – Omar wskazał chmury i dodał tytułem wyjaśnienia: – Niech nie podsłuchują z samolotów! Powiedz, że żądamy dwudziestu milionów!

Pozostało 81% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej