Latanie po świecie z prezydentami i premierami to fajna praca?

– Jak każda, ta też miała blaski i cienie. Na przykład często byłam niewyspana i głodna.

Nie karmili pani?

– Nie było czasu. W trakcie wizyt spotkanie goni spotkanie. Tłumaczyłam rozmowy podczas śniadań czy obiadów. Miejsce tłumacza jest często nie przy stole, lecz za szefem delegacji. Czasem przy stole, ale jak jeść i tłumaczyć równocześnie? Można ewentualnie połknąć szybko łyżkę zupy. Trzeba mieć w torebce batoniki energetyczne, żeby zjeść je podczas przejazdu między spotkaniami. Zdarzało się, że prezydenci Aleksander Kwaśniewski i Bronisław Komorowski przekazywali mi odkrojone kawałki jedzenia ze swojego talerza.

A Lech Kaczyński?

– Nie przypominam sobie takiej sytuacji. Dla niego zresztą pracowałam najkrócej.

Jakie studia trzeba skończyć, żeby zostać tłumaczem prezydentów?

– Nie ma formalnych wymogów dotyczących wykształcenia. Trzeba umieć tłumaczyć, mieć pojęcie o świecie, szybko reagować i być dyskretnym. Zdarzało mi się tłumaczyć w sukni wieczorowej i w kamizelce kuloodpornej.

Pozostało 88% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej