Często słyszymy pytanie, dlaczego zdecydowaliśmy się na przysposobienie dwanaściorga dzieci.

Ania

Nie mogliśmy mieć własnych. Nigdy nie sprawdzaliśmy dlaczego. Henryka wzięła to na siebie i stwierdziła, że to na pewno efekt pobicia jej przez służbę bezpieczeństwa w czasie stanu wojennego. I na tym stanęło. Ale Henia, jak to Henia, nie pozwoliła, żeby cokolwiek przeszkodziło jej w założeniu rodziny, i gdy tylko nadarzyła się okazja, zaczęła działać.

W 1988 roku, parę miesięcy po naszym ślubie, matka Henryki pojechała na południe Polski do znajomych. Wróciła i opowiedziała o biednej, wielodzietnej rodzinie, którą tam spotkała. Matka zmarła, a ojciec nie dbał o dzieci. Szczególną uwagę zwróciła na najmłodszą dziewczynkę Anię. Miała niespełna cztery latka. Henryka dwa dni później była już na miejscu, a po trzech dniach odbierałem je obie z pociągu na gdańskim dworcu kolejowym. Zobaczyłem malutkie, przestraszone dziecko. Patrzyło z nieufnością swoimi wielkimi oczami, a ja zupełnie nie wiedziałem, jak mam się zachować.

Pozostało 94% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej