Opierałem się Blance Lipińskiej miesiącami, opierałem heroicznie i wzniośle, owszem, kusiła mnie niesmacznie, intrygowała zadziwiającym sukcesem, już ją miałem w rękach, już zaczynałem kartkować, już śliniłem palec, by sprawniej przewracać strony, ale za każdym razem wycofywałem się, a szczerze mówiąc czmychałem. Czmychałem nie przed fatalnym zauroczeniem, przed miłosną destrukcją, która zniszczy moje ułożone życie czytelnicze, ale czmychałem ze strachu, że dowiem się czegoś, o czym wiedzieć nie chcę. I nie szło wcale o niebezpieczną wiedzę na temat perwersji seksualnych, jakie są w powieściach Blanki opisane, bo ja nie potrzebuję żadnej nowej wiedzy w tym temacie. Otóż obawiałem się, że obłąkańczo popularna twórczość Lipińskiej powie mi coś o Polakach, a ja od dawna nie chcę już niczego nowego dowiadywać się o Polakach. Sięgnąłem jednak po Blankę, choć nie po to, by pogłębić wiedzę o deficytach bądź tęsknotach seksualnych rodaków albo na temat ich upodobań literackich – niestety znam upodobania literackie rodaków.

Pozostało 81% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej