– Jestem José Mujica, uprawiam ziemię, by zarobić na życie. Zajmowałem się tym przez pierwszą część mojego życia, a potem poświęciłem się walce o zmianę i polepszenie życia mojego społeczeństwa. I teraz jestem prezydentem. A jutro, jak każdy mój sąsiad, będę tylko stertą robaków, która zniknie.

Tak José Mujica, były prezydent Urugwaju, przedstawia się w filmie „Człowiek”.

Urugwajczycy nazywają go Pepe. Czule albo z przekąsem, ale bez dystansu.

Świat poznał go jako „najbiedniejszego prezydenta świata”, który ze swojej farmy pod Montevideo dojeżdża do gabinetu 20-letnim niebieskim garbusem, a 90 procent pensji oddaje na cele charytatywne i społeczne (głównie na budowę mieszkań socjalnych). I ma trójnogą suczkę Manuelitę (zmarła kilka miesięcy temu).

Mujica oburzał się na taką łatkę. Nie jestem biedny, mówił, tylko skromny.

– Surowy tryb życia w naszym przypadku to nie oszczędność, ale walka o wolność – tłumaczył.

Pozostało 94% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej