Poprzedniego dnia świętowali jego 50. urodziny. Powiedział, że obchodzi je z rodziną. Czyli z zespołem.

– Andrzej to był nasz capo di tutti capi – wspomina Wojtek Dudziński, przyjaciel z zespołu. – Wszystko załatwiał, fantastycznie prowadził konferansjerkę i do tego śpiewał najtrudniejsze, wysokie, partie tenorowe.

Takie jak w „Moim morzu”, przy którym to się stało.

Wypadek

Zaczęło się od wodnej drużyny harcerskiej. Tam Andrzej Grzela poznał swoją żonę Danutę. Kończył technikum mechaniczne, potem chciał iść do szkoły morskiej, ale pod wpływem rodziców Danuty, lekarzy, wybrał medycynę. Czas spędzał albo w szpitalu, albo na dyżurach, albo na próbach i koncertach. Był świetnym lekarzem, chirurgiem, ale praca w szpitalu go stresowała i przeszkadzała w graniu, więc założył prywatną klinikę.

– Śmialiśmy się, że przez trzy dni w tygodniu zajmuje się górnym „c”, a przez dwa dolnym „d”, bo te niższe sprawy też operował – ciągnie Wojtek.

Pozostało 94% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej