Z Magdaleną Klorek, opiekunką paliatywną, rozmawia Małgorzata I. Niemczyńska

Długo byłaś nieśmiertelna?

– Tylko 11 lat.

Ktoś umarł?

– Mój dziadek, w zaledwie trzy dni. Wcześniej grałam z nim w karty, chodziliśmy wypasać krowy, uwielbiał też łowić ryby. I nagle zachorował, pojechał do szpitala i już nie wrócił. Mieszkaliśmy na wsi. Po szkole poszłam do pani, u której zostawiłam rower, a ona mówi: „Twój dziadziuś nie żyje”. Nie wiem, jaką prędkość rozwinęłam, chyba kosmiczną. Do domu było kilka kilometrów. Na podwórku pies strasznie wył. Rzuciłam rower, wpadłam: „Jak to dziadek nie żyje?”. Wtedy mama potwierdziła.

Zrozumiałaś?

– Uświadomiłam sobie, że dziadek był i go nie ma. Ja też mogę zachorować, choć mam tylko 11 lat. Mogę się przewrócić, mieć wypadek, zrobić sobie krzywdę. U nas w domu mówiło się o śmierci bez tabu. Babcia miała sąsiadkę „przez płot”, swoją przyjaciółkę. Przynosiła nam placki, owoce. Kiedy chorowała, chodziłyśmy do niej razem. Niepokoiło mnie tylko, że jak ktoś pójdzie do szpitala, to tam umrze w samotności. Gdy wylądowałam w szpitalu z wyrostkiem, myślałam: „Żeby tylko stąd wyjść!”.

Pozostało 94% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej