Robert, 32 lata

Budzik. Dzwoni i dzwoni, nie mogę go sięgnąć. Macham ręką z zamkniętymi oczami. W końcu uderzam pięścią z całej siły. Jazgot zmienia się w dziecięcy płacz. Otwieram oczy, patrzę na szafkę, a tam nie ma budzika, tylko główka mojego synka, cała we krwi.

Taki sen mnie nachodzi co parę miesięcy. Budzę się i płaczę. Płacz jest dobry, ale w nocy, żeby Maciuś nie widział.

Jak się obudzę po tym śnie, to już wiem, że do rana nie zasnę. Siadam na łóżku, przecieram oczy i mówię do siebie: „Robercik, chłopie, dasz radę”.

Latałem za nią jeszcze w krótkich majtach. Mama mówiła, żebym trzymał się Marysi, bo ładnie ubrana, uśmiechnięta i czysta. Dobra rodzina, oni urzędnicy w gminie, ale uczciwi. Moja matka sprzedawała w sklepie, ojciec był kierownikiem w małej piekarni. Po lekcjach zrzucałem plecak i mu pomagałem. Pracy dużo nie było, piekliśmy bułki dla paru sklepów w gminie. Dwa, czasem trzy transporty dziennie. Pan nie podaje nazwy miejscowości, bo wszyscy mnie tu znają, a rozgłosu mam dość.

Pozostało 95% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej