Obejrzał oczywiście teren, ale to było późną wiosną, zieleń wybujała, w zachwycie był, że takie miejsce znalazł. No nie zajrzał w ten kąt, wtedy zarośnięty i niedostępny. Zresztą, mówi, co by te opony zmieniły. I tak by tę ziemię kupił. Może by się jedynie ciut bardziej potargował.

Teraz stoimy na brzegu, patrzymy na to jego wymarzone jezioro, do którego uciekł z wielkiego miasta, a opony nieco zgrzytają w tym widoku. Coś by trzeba jednak z nimi zrobić. Leżą na granicy działek, więc nie wiadomo, kto ma je wywieźć.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej