– Ze trzy lata temu przyjechał tu taki człowiek – wspomina Maciej Mroczek, właściciel hodowli krów ze wsi Wojciechów na Lubelszczyźnie. – I mówi, że węgla szukają i kopalnie będę budować. Jaka kopalnia, pytam, ja tu nie chcę mieć żadnej kopalni. Myślałem, że gość żartuje. Następnego dnia gnój woziłem, leciało Radio Lublin, wójt opowiadał o szkodach górniczych przy kopalni Bogdanka i patrzę, że we wsi obok robią odwierty. Pytam ludzi, a oni mówią, że kopalnia będzie. A to niecały kilometr od moich pól!

Mroczek zaczyna się interesować sprawą, jeździ po wsiach, rozmawia z ludźmi, pyta w urzędzie gminy w Hańsku, próbuje dotrzeć do dokumentów. Tymczasem firma chce wiercić na jego gruntach. Płacą 3 tys. zł. Odmawia.

– Ciężki sprzęt rozjedzie pole, dziura zostanie, co po tych pieniądzach?

Mroczek opowiada sąsiadom o planie budowy kopalni, bo mało kto o tym wie. Rozmawia z wójtem, pisze petycję do regionalnego dyrektora ochrony środowiska i Ministerstwa Środowiska. Podpisują się cały Wojciechów, Stary Majdan, Serniawy, Petrychów. Odpowiedzi nie dostają, za to do Mroczka docierają aluzje, by zostawił temat.

Pozostało 95% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej