Współwięźniowi zwierzył się, że do Chin nie poleci. Na wypadek, gdyby ekstradycja miała dojść do skutku, Liu Hung Tao ma plan. Jednego mężczyznę już odcięto ze sznura, współwięzień zdążył. Hung Tao kombinuje więc, jak zrobić, żeby nikt nie zdążył. Ale to tylko plan, na ewentualność. Na razie Liu Hung Tao czeka. Osiemnasty miesiąc.

Na warunki w polskim areszcie na warszawskiej Białołęce nie narzeka. Podczas godzinnego widzenia nie ruszy nawet sernika, który kupiliśmy mu w więziennej kantynie, szkoda czasu. Każdą chwilę chce wykorzystać, by wytłumaczyć. Zegar tyka, musimy pokonać barierę jego mandaryńskiego akcentu, który w pierwszym momencie czyni jego angielski dla słowiańskiego ucha trudnym. A tu chronologię zdarzeń trzeba dokładnie spisać. I żeby jeszcze starczyło czasu, aby wyklarować, że polski tłumacz w sądzie nie posługiwał się tym samym dialektem co Hung Tao. Stąd w sądzie mogło powstać mylne wrażenie, że ścigany kluczy i myli się w zeznaniach. A on swojej prawdy jest pewny, choć nie ma jak jej przekazać od niemal dwóch lat.

Pozostało 90% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej