Raz w życiu zaatakowałam człowieka. Kopał psa na ulicy. Trochę wyglądał jak Johnny Bravo, tylko że Bravo ma szyję i włosy.

– W jakim był wieku?

– Około trzydziestki, taki potężny bezkarkowy pan. Podeszłam, poprosiłam grzecznie, żeby przestał. Zostałam zwyzywana, to posunęłam się krok dalej. Podniosłam głos i uświadomiłam panu, że powinien zająć się ważniejszymi rzeczami, jak na przykład sprawdzenie, czy ktoś aktualnie nie kręci „Władcy pierścieni” na terenie Polski, bo widzę, że fizjonomia i aparycja ewidentnie sprzyja roli orka. Uzyskałam tyle, że przestał bić psa, a chciał uderzyć mnie. Przy mojej posturze nie miałam z nim szans. Jedyne, na co wpadłam, a byłam w szpilkach, to zdjęcie buta, przywalenie mu obcasem w paznokieć dużego palca i ucieczka. A on był w sandałach. Wiedziałam, że ten paznokieć będzie mu schodził, więc mnie zapamięta. I że dopóki mu nie zejdzie, nie powinnam tamtędy przechodzić, bo skoro on tam wychodzi z psem, no to na pewno niedaleko mieszka. A to były okolice mojego przystanku. Musiałam jeździć do pracy okrężną drogą, zajmowało mi to dwa razy więcej czasu, tak się bałam, że mnie rozpozna. Ale jak widzę, że ktoś męczy zwierzę, agresja budzi się we mnie automatycznie. Nawet nie narasta, tylko dokładnie w takiej chwili jestem w stanie zrobić człowiekowi krzywdę. To nie jest kwestia odwagi, działam jak automat.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej