Zmierzchało, zatrzymaliśmy się na poboczu drogi, dookoła nie było nikogo. Rasmus zaparkował, wziąłem aparaty i stanąłem na środku jezdni. W oknie domu po prawej drgnęła firanka, w aparacie mlasnęła migawka. Perspektywę ulicy zamykały kominy elektrowni w podkonińskim Pątnowie.

– …albo te puszki z powietrzem w Mongolii… – Rasmus uchylił okno i próbował kontynuować wątek. Przerwał jednak w pół słowa, wciągnął w nozdrza przesycone dymem powietrze i zanurkował we wnętrzu auta.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej