W zakładzie przeróbczym w kopalni Pniówek – 9 kilometrów od Jastrzębia--Zdroju, 370 od Warszawy – wybierają rękoma wielkie kawałki odpadów. W powietrzu pył, na podłodze rozlana czarna maź. Ta sama, którą wcierają w spodnie, wycierają czoło. Maszyny warczą jak szalone, hałas nie pozwala zebrać myśli.

Taki czyściec – coś między tym, co na dole, a tym, co na powierzchni. Miejsce, bez którego nie istniałoby ani jedno, ani drugie. I bez którego, jak mówią przeróbkarki, ciężko wyobrazić sobie życie.

Kobiety w kopalni narzekać nie lubią

Zyta i Wiola swojego pierwszego dnia na grubie, po śląsku – kopalni, nie zapomną nigdy.

– Miejsca brakło tu, na podziale, jak przyszłyśmy, pamiętasz? W tej salce, co teraz rozmawiamy, trzeba było na podłodze siedzieć. Ile nas mogło być? Z dwadzieścia parę naraz – rozglądają się po pomieszczeniu. Od 1986 roku mało co się zmieniło: stół, dwie ławy, szafki na rzeczy osobiste, kran, mydło. I tak jak wtedy wszystko umazane na czarno.

Pozostało 93% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej