Największe lekceważenie czuję do felietonistów rozpisujących się o tym, że nie wiedzą, o czym napisać felieton, zatem napiszą o udrękach bycia felietonistą, nieodmiennie bowiem rodzą się z tego teksty nie dość, że wzorcowo kabotyńskie, to budzące najwyższe obrzydzenie, przyczyniające się jedynie do dramatycznej inflacji tego szlachetnego i zasłużonego gatunku, a który nazbyt często z bezczelną ignorancją mylony jest z artykułem, recenzją bądź publicystyką.

Janusz Głowacki, nie Głowa

Felietonistów drążących jałowy temat pisania felietonów mamy w Polsce legion, felietonistów niemających pojęcia o sztuce felietonu jeszcze więcej, trzymałem się od nich zawsze z daleka, dziś jednak postanowiłem do nich dołączyć i dokonać publicznego samobójstwa. Czynię to przy okazji wydania książki Janusza Głowackiego „Jak być kochanym”.

To rozszerzona wersja zbioru pod tym samym tytułem sprzed ponad dekady, zbierająca wszystkie felietony Głowackiego napisane na przestrzeni 50 lat, przy czym zamyka się w ledwo ponad 300 stronach – 300 stron przez 50 lat to nie jest najlepszy wynik. Pisanie felietonów to bardziej lub mniej finezyjne, ale jednak zarzynanie się, Głowacki zdaje się nie lubił zbytnio się zarzynać, felietony pisał bardziej okazjonalnie niż regularnie.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej