Dziś niełatwo ją znaleźć, bo po fali hejtu, jaka wylała się na nią przy okazji procesu, do internetu prawie nie zagląda. A ponieważ robią to jej kolejni przełożeni, rozważała nawet zmianę imienia i nazwiska, „najlepiej na neutralne, z klasy średniej, może Penelope Smith”. O Sports Direct, czyli swoim byłym pracodawcy, Zahera Gabriel-Abraham mówi dziś spokojnie, rzeczowo. A gdy czuje, że czegoś mogę nie zrozumieć, bierze mój notes i rozrysowuje wszystko w formie grafów. Wyraźnie je lubi.

***

– Do Sports Direct poszłam pracować, bo studiowałam i sama zajmowałam się córką, więc potrzebowałam elastycznych godzin pracy. Gdy aplikujesz u nich o pracę, jest łatwo i przyjemnie. Niestety, na rozmowie kwalifikacyjnej nie dowiedziałam się paru ważnych rzeczy.

1.

Podstawowa kwestia, o której nikt mi nie powiedział, to to, że jeśli chcę utrzymać pracę, muszę każdemu klientowi sprzedać firmową plastikową torbę. Teraz w Wielkiej Brytanii prawo się zmieniło i sklepy sprzedają reklamówki po pięć pensów, ale gdy jeszcze pracowałam w Sports Direct, każdy zakup klient dostawał w darmówce. Wyobraź więc sobie, jak trudno było go namówić, by zamiast torby za friko wydał jeszcze kilkadziesiąt pensów na grubszą plastikową firmówkę z doszytymi rączkami, zwaną – jak na ironię – bag 4 life [torba na życie]. A jeśli nie wciśniesz klientom odpowiedniej liczby toreb, w następnym tygodniu wylatujesz z grafika.

Pozostało 89% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej