Karolina urodziła się bez jednej litery. Przez 37 lat nie miała o tym pojęcia. Z wynikami badania w kieszeni dzwoni do siostry. – Też możesz to mieć. Zrób test – nakazuje. Ale siostra milczy. Karolina wylicza więc możliwości, jakie zarysował przed nią genetyk.

– Chcesz pozbawić się zdrowych piersi? – pyta w końcu siostra.

– Mogą być chore – broni się Karolina.

– Przy okazji utnij jeszcze rękę. Może z nią też jest coś nie tak.

Karolina słabo pamięta, co dzieje się później. Wraca do domu, robi kolację, opowiada mężowi, jak minął dzień, czyta córkom bajkę przed snem. Zwykły dzień, tyle że bez tej litery ona na wszystko patrzy inaczej. Kalkuluje. Córki są jeszcze małe. Ale gdy podrosną i je będzie musiała ostrzec. Może będą czuły do niej żal. Nie chciałyśmy wiedzieć – powiedzą. Może odmówią badań – tak jak dziś jej siostra. A Karolina? Może zamiast sobie pomóc, tylko się okaleczy. Może lepiej, gdyby schowała wyniki do szuflady i żyła jak dotychczas. A jeśli jednak zachoruje?

Pozostało 94% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej