Widziałem tuzin filmów dokumentalnych, żelazny zestaw fabularnych klasyków, słuchałem piosenek o najplugawszych zbrodniarzach, znam dokonania takich potworów jak Ed Kemper, Richard Ramirez, David Berkowitz, Ian Brady i Myra Hindley, Anatolij Onoprienko, historię ich życia, rys charakterologiczny, marny ich koniec.

O ile o jankeskich mordercach wiem sporo, tak samo jak to ma miejsce z angielskimi ich odpowiednikami, a nawet polskimi, to swego czasu dogłębnie interesowałem się też – z przyczyn więcej niż oczywistych – historiami węgierskich seryjnych morderców i z pełną odpowiedzialnością powiadam: Węgrzy nie mają się czego wstydzić, dochowali się psychopatów, przy których wyczynach zmiękłaby rura paru wylansowanym przez popkulturę psychopatom anglosaskim.

Tak, popularność seryjnych morderców to element popkultury, jeśli jakiś kraj ma mocną popkulturę, to i sława jego świrów staje się sławą światową. Tragedie małych narodów na tym również polegają, że świat nie interesuje się nie tylko ich literaturą, ale nawet ich psychopatami. Béla Kiss, który na przełomie poprzednich wieków w odmętach budapeszteńskich przedmieść zamordował i zapeklował w beczkach 32 kobiety, gdyby był Anglikiem lub Amerykaninem, cieszyłby się sławą wszechświatową. Béla Kiss zasługuje na porażający film fabularny, na trzewia wyrywający dokument, Amerykanie zrobiliby z Kissa kopalnię złota. O trucicielkach z Nagyrév, które na przełomie tych samych wieków wytrzebiły arszenikiem całą męską populację kilku nadcisańskich wsi, wspominam mimochodem – materiał dla Netflixa wyśniony, tyle że ktoś musiałby się dowiedzieć o tej historii.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej