28 stycznia opisałam w „Dużym Formacie” historię Oleksandra, który przyjechał do nas z Ukrainy, żeby zarobić na mieszkanie. Nie zarobił. Spadł z rusztowania, ma przerwany rdzeń kręgowy, wypadek starano się ukryć. Jego pracodawca powiedział mi: „Niech pani pisze, a jak już napisze, my to przeczytamy. I się z panią spotkamy”.

Oleksandr przyjechał do Polski w marcu na zaproszenie gdańskiej spółki. Ale z dworca odebrał go Białorusin Valery Ablazhevich, karany wcześniej za nielegalne zatrudnianie obcokrajowców. Zawiózł Andrabuliaka do hostelu, tydzień później dał pracę na budowie sopockiego szpitala, gdzie był podwykonawcą firmy Warbud.

28 czerwca Sasza, bo tak wszyscy zwracają się do Oleksandra, spadł w wypełniony betonem rozkop. Pierwszy miesiąc w szpitalu tylko leży: ma złamany obojczyk, dwa żebra, przerwany rdzeń kręgowy. Nie może poruszyć nogami, ale nie pyta. Panikę opanowuje marzeniami: „Na pewno będę jeszcze chodzić. Na pewno”. Nie będzie.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej