– Najpierw – opowiada – podszedł do mnie zakonnik i oznajmił, że nie mogę tak sobie stać przed kościołem, i że mam odejść.

– Przecież każdy może stać.

– Dlatego się nie ruszyłem. Więc wrócił, zrobił mi zdjęcia, później przyszedł trzeci raz i powiedział, że dzwonią po policję… Ale nie odszedłem. Stałem tyle, ile wytrzymałem, czyli dziesięć godzin. Grudzień, zimno…

– A tablica była ciężka?

– Tak, bo metalowa. Cały czas trzymałem ją w dłoniach. Wyrytym napisem do przechodniów: „Katechizm Kościoła Katolickiego o osobach homoseksualnych: Powinno się traktować je z szacunkiem, współczuciem i delikatnością. Powinno się unikać wobec nich jakichkolwiek oznak niesłusznej dyskryminacji. KKK 2358”. I to wszystko. Przyniosłem ją dominikanom na Freta w Warszawie.

– Dlaczego tam?

– Marzyłem, żeby u nich zawisła. Wydawało mi się, że to jest miejsce, gdzie działa ten słynny Kościół otwarty, w którym przecież nie zostanę pobity, a może ktoś nawet będzie ze mną rozmawiał. Ale też stanąłem tam z powodu bardziej osobistego. Byłem w związku z zakonnikiem stamtąd. On już tam nie pracuje. Odszedł i założył salon piękności. Powiedzmy więc, że to był znany mi zakon, i myślałem, że tam będę czuł się bezpiecznie. Wierni na widok tablicy zachowywali się różnie: część krytykowała, część chwaliła. Przyszła kobieta, która stwierdziła, że Bóg stworzył homoseksualistów, abyśmy się zbytnio nie rozmnażali, ponieważ Ziemia jest przepełniona.

Pozostało 93% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej