W mieszkaniu nieopodal krakowskiego Rynku obywatel Stanów Zjednoczonych Kellan Leśniak próbuje podrzeć wyciągnięty podstępem z portfela 50-złotowy banknot.

Chwilę potem rozlewa na stół sok pomarańczowy, śmieje się i krzyczy po polsku: – Brudne!

Następnie biegnie dookoła stołu z balonem w ręce (– Ba-jon! Żół-ty! – precyzuje), siada na kanapie i ogląda coś na tablecie.

Obywatel Leśniak ma dwa lata. Choć mówi po polsku i jego ojciec jest Polakiem, za kilka dni musi opuścić Polskę. Po spakowaniu ubranek i ulubionej maskotki Elmo z „Ulicy Sezamkowej” Kellan i jego tata ruszają więc na lotnisko w Balicach, mają lot do Chicago. Zostaną tam równe trzy miesiące, po czym polecą z powrotem na trzy miesiące do Krakowa.

– I tak w kółko, od kiedy się urodził, cztery razy do roku – opowiada Maciej Leśniak, ojciec Kellana.

Przy odprawie celnicy kolejny raz spytają Leśniaka, dlaczego wciąż nie wyrobił synowi polskiego paszportu.

Pozostało 96% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej