Tu pada nazwisko, adres zamieszkania.

Przyjęcie (małe) z okazji zapoznania u jej znajomej skończyło się tym, że odwiózł ją do domu taksówką. „W drodze kilka pocałunków i rozmowa. Nie wiem, co, ale było coś, co mnie zbliżyło do tego mizernego Jureczka. Po przyjściu do domu myślałam wiele o nim. Miał jakieś kłopoty, o których nie chciał ze mną mówić, rozpłakałam się, kiedy powiedział, że i tak nie będziemy długo razem”.

Rok później – w 1958 – są po ślubie. „Ślub był radosny i pamiętny dla mnie. Od tej pory mój wymarzony do ostatnich granic skarb był tylko moim”.

Lubi godzinami patrzeć w jego ukochane oczy, modli się, żeby był syn...

W lecie zachorowała i leżała w łóżku, ale ubrał się w niedzielne ubranie, bo musiał spotkać się z kolegą, i wyszedł. „Ściągałam go myślami, ale daremnie”.

Zaczął przychodzić pijany, „mało go obchodziła moja osoba. Lubił nieraz potrzymać rękę, gdzie coś żyło, coś się ruszało, ale nie okazywał już wiele, bo jego obiekt zainteresowania jest poza mną. Mimo że z każdym dniem trudności piętrzyły się, nie zmieniłam stosunku do niego. Matce jego pomagałam, jak mogłam, bo żal mi było, że wiele rzeczy za ciężko jej robić. Bo przecież nie kto inny, tylko ona dała życie i wychowała kosztem może swoim osobę, którą ja teraz kocham i z którą dzielę życie swoje. Często on sam poszedł do kina, a ja starałam się być pomocną tej starej matce”.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej