Dodała mnie do znajomych na Facebooku, mimo że nie znaliśmy się ani nie mieliśmy wspólnych znajomych. Było to dla mnie co najmniej dziwne, więc… oczywiście ją zaakceptowałem i zapomniałem o sprawie. Po dwóch godzinach spojrzałem na telefon, zobaczyłem 11 nieodebranych połączeń. Oraz pełen wyrzutów SMS: „Dlaczego nie odbierasz? Mam bardzo ważną wiadomość!”.

To było dla mnie za dużo. Blondynkę wyrzuciłem ze znajomych. I zablokowałem na Facebooku.

Ale ona nie zrezygnowała. Zdobyła w końcu mój adres służbowy. I dwa dni później rano otrzymałem wiadomość: „Co mam zrobić, żebyś w końcu odpowiedział?”.

Nie odpisałem, więc znalazła moje konto na Twitterze. Wiadomości od niej były coraz bardziej natarczywe. I cały czas nie zawierały żadnych szczegółów sprawy, którą „do mnie miała”, przez co jeszcze mniej wierzyłem w normalność tej osoby.

Postanowiłem, że dojdę, kim jest ta wariatka, i dam jej nauczkę, napiszę do rodziny, jej szefa, a co najmniej opiszę sprawę w mediach społecznościowych.

Pozostało 94% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej