Na film „Green Book” szedłem po raz pierwszy nie w ekscytacji związanej z masowym wysypem nominacji oscarowych dla tego dzieła, ale wyłącznie z tego powodu, iż gra tam Mahershala Ali. Po raz wtóry poszedłem, bo moje uczucie do Mahershali Alego rozszerzyło się także na drugiego z aktorskiej pary – Viggo Mortensena (Aragorn z „Władcy pierścieni”). Po raz trzeci pójdę, aby utwierdzić się w przekonaniu, że życie ma głęboki sens, a intensywna przyjaźń połączyć potrafi ludzi tak odległych od siebie jak wyedukowany czarnoskóry artysta i biały niewykształcony rasista. Nawet jeśli wzruszenia, które mi zafundowano, nazbyt zdają się wyrachowane. Ja jednak pragnąłem się wzruszyć, choćby i frajersko, dojmujący niedostatek bezinteresownych wzruszeń ostatnio u siebie zauważam. To, że opowieść oparta jest na prawdziwej historii przyjaźni subtelnego muzyka Dona Shirleya i brutalnego wykidajły Tony’ego Vallelongi, niestety dodaje sprawie lukru; czysta fikcja zawsze bardziej do mnie przemawia niż scenariusz oparty na faktach – scenariusze oparte na faktach stały się prawdziwym przekleństwem kinematografii.

Pozostało 80% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej