Na film „Green Book” szedłem po raz pierwszy nie w ekscytacji związanej z masowym wysypem nominacji oscarowych dla tego dzieła, ale wyłącznie z tego powodu, iż gra tam Mahershala Ali. Po raz wtóry poszedłem, bo moje uczucie do Mahershali Alego rozszerzyło się także na drugiego z aktorskiej pary – Viggo Mortensena (Aragorn z „Władcy pierścieni”). Po raz trzeci pójdę, aby utwierdzić się w przekonaniu, że życie ma głęboki sens, a intensywna przyjaźń połączyć potrafi ludzi tak odległych od siebie jak wyedukowany czarnoskóry artysta i biały niewykształcony rasista.

Pozostało 88% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej