Po raz pierwszy usłyszałem o nim późnym latem 1980 roku. Miałem 11 lat, mieszkałem w Kirkuku, w północnym Iraku. Tam moi rodzice, inżynierowie, budowali z Japończykami jakąś rafinerię. W tym celu codziennie rano wyjeżdżali z miasta na pustynię. Ja, uczeń piątej klasy (z powodu nieobecności w ojczyźnie w trybie indywidualnego nauczania), z moim starszym bratem zostawaliśmy w domu. Tak przynajmniej wydawało się mamie i tacie. Mieliśmy się grzecznie uczyć, by późną wiosną kolejnego roku wrócić do Polski, zdać egzaminy i przejść do następnej klasy. Jak tylko samochód rodziców znikał rano za rogiem, ruszaliśmy z bratem w miasto. Słoneczne, tajemnicze, ale i przyjazne. Wszyscy nas pozdrawiali, częstowali herbatą, owocami, ciastkami, nie płaciliśmy za nic, poza małymi samochodami na resorach, które kupowaliśmy z pasją, co najmniej po jednym dziennie. W końcu znaliśmy tam wszystkich, tak nam się wydawało, a wszyscy znali nas, wiedzieli, skąd pochodzimy i gdzie aktualnie mieszkamy. Nie rozumieliśmy polityki, więc czuliśmy się w tym kurdyjsko-arabskim kosmosie wspaniale i bezpiecznie, bez skrzeczących nauczycielek, bez stylonowych fartuchów, bez szkolnych tarcz na rękawach. I tak udawaliśmy obowiązkowych. Bo kiedy rodzice wracali z pracy, siedzieliśmy w domu przy biurkach jak gdyby nigdy nic i studiowaliśmy podręczniki przywiezione z Polski. Mama siadała z nami do wspólnej popołudniowej nauki, a my rezolutnie ukrywaliśmy przedpołudniową labę. To miało trwać cały rok, ale trwało krócej. Bo nagle decyzja, popłoch, za moment ruszamy! Jak to ruszamy? Jak to tylko paszporty? A książki? A kolekcja resoraków? I co z Belzebubem? Minie zaraz 40 lat, a czasem tęsknię za nim, jakbym go stracił wczoraj. Młody był, przybłęda, czarny w białe łaty, ciągle w ruchu, więc tak po diabelsku nazwał go tata. Ruszamy! Szybciej! Szybciej! Poprosiliśmy arabskich sąsiadów, by się naszym kotem zajęli. To byli moi koledzy, rówieśnicy, bracia z domu obok.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej