Początkowo nie rozumiałem, o co mu chodzi. – Zwłaszcza na Zachodzie. Może to wynika z budżetów ich redakcji. Jeżdżą do tych wszystkich biednych krajów i opisują nędzę. Ludzie to czytają i biorą udział w rytuale współczucia. W tym samym czasie ich rządy i korporacje eksploatują te biedne kraje. Sytuacja się nie zmienia, jest raczej coraz gorzej. Ale możemy powspółczuć. Lepiej nam z tym.

K. od kilku godzin rozwijał przede mną dość fatalistyczną wizję świata. Wracając do Warszawy, miałem ponure myśli. Na domiar złego w „Guardianie” przeczytałem felieton Martina Lukacsa o tym, jak neoliberalizm wyprał nam mózgi w kwestii walki z klimatem. Segregujemy śmieci, rezygnujemy z plastikowych słomek, staramy się jeździć komunikacją miejską i rowerem, przechodzimy na wegetarianizm – pisze Lukacs – uwierzyliśmy, że od naszych osobistych wyborów zależy los planety. Tymczasem zależy on głównie od rządów i korporacji. Jeśli nie powstrzymają chciwości i przestaną patrzeć krótkowzrocznie, wszyscy zginiemy. Z plastikową słomką w ustach lub bez.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej