Nic tu nie dojeżdża, trzeba iść 4 kilometry dziurawą drogą. Małgorzata Nowak mieszka na skraju wsi. Już do mnie macha, choć jestem jeszcze w polu.

– Kawy?

Siadamy w pokoju gościnnym. Naprzeciwko nas, na krześle, stoi wielkie pudło. – Muszę jechać na pocztę i je wysłać – mówi Małgorzata.

– Co w nim jest?

– Muchy.

– Muchy – powtarzam, udając, że to przecież oczywiste, że ludzie wysyłają pocztą muchy.

– My tu wszyscy mamy lepy. Po kilku godzinach są pełne – wyciąga z pudła woreczki z lepami; każdy jest podpisany.

Pozostało 98% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej