Nabrałem odwagi i wyznałem to publicznie. Klęczących szanuję, ale nie mogę na nich patrzeć, bo mi się od tego robi gorąco. Kiedy ktoś mnie pyta, czy wierzę w Boga, mówię: wierzę w siebie! Także we własną małość i niedoskonałość. Życie jest bardzo trudnym zadaniem, jednak modlitwa na kolanach to dla mnie akt niepanowania nad nim. Jest mi przykro, że w XXI wieku człowiek wciąż oddaje swoją wolę, wolność i godność komuś, co do kogo nie można mieć pewności, że istnieje. Przepraszam wierzących, ale tak to czuję.

Powiedziałem to (mniej więcej) w dwóch wywiadach prasowych. Komentarzy internetowych na ten temat przezornie nie przeczytałem. Niemniej hejt, jeśli uprze się do nas dotrzeć, to dotrze.

Bardzo religijny – jak wynika z jego konta na Facebooku – wychowawca młodzieży, szef klubu piłkarskiego dla dzieci spod Warszawy, przysłał mi wiadomość zaczynającą się od słów: „Słyszałem pedale p…, cwelu w d… j…, że ci k… frajerska przeszkadzają modlący się ludzie”. Potem pan wychowawca pisze – używając wulgarnych wyrazów oznaczających narządy płciowe – wszystko, co sobie wyobraża na temat mojej mamy i taty. Oznajmia, na kogo z mojej rodziny sika, i kończy: „Tak mi dopomóż Bóg”.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej