W 1952 roku w każdym domu był przynajmniej jeden kominek na węgiel, co oznaczało, że w samym Londynie upchnięto kilka milionów domowych piecyków na przestrzeni zaledwie dwa razy większej od Nowego Jorku. Opał był tani, efektywny i niezastąpiony – w tamtym czasie stanowił główne źródło ciepła w gospodarstwach domowych. Jednak dym potrafił być duszący, a dostający się do atmosfery dwutlenek siarki – zabójczy. To on przyczyniał się do kwaśnych deszczy, które działały wystarczająco silnie, by wyginać żelazo, niszczyć posągi, zatruwać ziemię i skazić zbiorniki wodne – zanieczyszczenie mogło uszkodzić płuca i powodować raka. Nadal jednak palono węglem.

W 1952 roku elektryczność zapewniało Londynowi prawie czterdzieści elektrowni węglowych, a duża część transportu miejskiego opierała się na dwudziestu tysiącach lokomotyw parowych.

W stolicy kraju mgła była wszechobecna. Młodzi londyńczycy nią żyli. Bawili się w chowanego wśród żółtawych oparów – mgła znacząco ułatwiała przyczajenie się w kryjówce. Dzieciaki, głównie chłopcy, podbierały owoce z chybotliwych straganów ustawionych wzdłuż Portobello Road. Zadymione powietrze działało na ich korzyść – sklepy otaczała mgła tak gęsta, że sprzedawcy w drogeriach czy cukierniach ledwo widzieli czubki swoich butów, i to tylko wtedy, gdy zamykali w miarę wcześnie. Dzieciaki kaszlały w rękawiczki i dalej robiły swoje. Brudne powietrze było nie do wytrzymania, jednak większość londyńczyków tolerowała je, traktując ten stan rzeczy jak karę, którą trzeba ponieść za mieszkanie w jednym z największych i najbardziej uprzemysłowionych miast na świecie.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej