Na kartce napisała, czego się boi:

Błędu lekarskiego.

Prokuratora.

Kar finansowych.

Rodziny chorego. Nachodzącej, straszącej, krzyczącej.

Kolejnego dnia. Tłumu pacjentów, których zawsze jest za dużo.

– Miewam poranki, kiedy czuję się jak dziecko, które nie chce iść do szkoły: „Nie, nie, nie. Nie pójdę dzisiaj do pracy. Nie ma mowy”. A potem wstaję – opowiada prof. Marzena Wełnicka-Jaśkiewicz, koordynatorka Oddziału Dziennego Chemioterapii Kliniki Onkologii i Radioterapii Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego. – To miał być kameralny oddział.

Pozostało 97% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej