Na kartce napisała, czego się boi:

Błędu lekarskiego.

Prokuratora.

Kar finansowych.

Rodziny chorego. Nachodzącej, straszącej, krzyczącej.

Kolejnego dnia. Tłumu pacjentów, których zawsze jest za dużo.

– Miewam poranki, kiedy czuję się jak dziecko, które nie chce iść do szkoły: „Nie, nie, nie. Nie pójdę dzisiaj do pracy. Nie ma mowy”. A potem wstaję – opowiada prof. Marzena Wełnicka-Jaśkiewicz, koordynatorka Oddziału Dziennego Chemioterapii Kliniki Onkologii i Radioterapii Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego. – To miał być kameralny oddział. Kulturalnie, z cichą muzyką na korytarzu. Ale jak go otworzyliśmy, pacjenci zaczęli walić drzwiami i oknami. Przybywa ich dramatycznie, brakuje miejsca do podawania chemioterapii, pielęgniarki się burzą, bo nie dają rady. Wczoraj dwie zachorowały, więc musieliśmy zamknąć jedną salę. Pacjenci siedzieli, gdzie się da, jak na wojnie. Zaprzeczenie tego, o czym marzyłam – mówi.

Pozostało 96% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej