Podobno prezes nie przyjmuje do pracy palących papierosy. – Nieprawda – prostuje – to byłaby dyskryminacja. Ale fama się rozniosła, że nie palimy, więc może tacy się nie zgłaszają. W biurze na 130 osób palą trzy. Ale i te trzy przestaną palić.

– Jak to się stanie?

– Namówię je.

Podobno prezes jest tak szczęśliwy, kiedy pracownik rzuca palenie, że daje mu urlop i premię. – Gratyfikujemy pewne zachowania, owszem – wyjaśnia enigmatycznie.

– Ale premią i urlopem?

– Niech to zostanie moją tajemnicą.

Podobno prezes w dzieciństwie dokonał vendetty antynikotynowej w swojej podstawówce. – Jestem – mówi – z wyżu demograficznego, rocznik 1975. W szkole uczyło się wtedy 1600 uczniów. Toalety to były nielegalne palarnie. Gdy miałem 13 lat, papieros był bogiem. Paliło się przecież w samolotach. Kiedy na chemii poznałem, jak powstaje kwas masłowy, powiedziałem sobie: wy mi trujecie życie, to ja was oduczę palić. I w każdej toalecie, gdzie chłopaki paliły, poczęstowałem ich tą substancją śmierdzącą. W czasie lekcji rozprowadziłem szybko po kropelce w każdej toalecie. A smród z kwasu masłowego jest wyjątkowy. Taki, że ewakuowano całą szkołę! Cały ten wyż. Wszyscy cierpieli za palaczy. A wie pan, kto pali w klasie? Ci, którzy siedzą na końcu, czy pierwsza ławka – prymusi? Otóż i ostatnia, i pierwsza. Dzięki papierosom kujony z pierwszej łamią barierę, papieros zbliża ich do reszty.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej