Nad brzegiem niewielkiego stawu krząta się kilkanaście osób, w większości kobiety i dzieci. Niektórzy przyszli z domostw położonych niedaleko, może pół godziny drogi, inni są w drodze od wielu godzin. W cieniu drzew zatrzymują swoje osły. Zdejmują z nich żółte 20-litrowe kanistry, niosą nad brzeg i ustawiają w kolejce. Każdy osioł może przynieść cztery takie baniaki, czyli 80 litrów. Ale nie każdego stać na osła, wtedy baniaki trzeba nieść na własnych plecach.

Jest 9 rano. W kolejce już kilkadziesiąt kanistrów. Dziewczynka bierze swoje dwa baniaki i ciągnie na sznurku w stronę stawu. Matka lub może starsza siostra już stoi po kolana w wodzie, zgięta wpół wciska pojemnik pod wodę, brunatną i mętną od mułu. Ci, którzy nabrali wody, objuczają zwierzęta, inni zakładają na czoło długi pas i zarzucają baniak na plecy. W drogę.

By woda ze stawu była zdatna do picia, trzeba ją przefiltrować, przegotować, odkazić specjalnymi pastylkami. Rozdaje je kenijskie ministerstwo zdrowia. Ale wielu ludzi ich nie używa, piją wodę bezpośrednio ze stawu. – Sześć lat temu pojechałam do jednej ze wsi w hrabstwie Kitui – mówi Grace Korir, młoda Kenijka, która towarzyszy mi w podróży. Odchodzimy od stawu i idziemy w stronę naszych aut. – Widziałam tam głęboką dziurę wykopaną w ziemi. Na dnie było trochę wody, bardzo brudnej. Zastanawiałam się, czy ludzie to piją. I wtedy przybiegło kilkoro dzieci i zaczęły się bić o to, które pierwsze po nią zejdzie.

Pozostało 94% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej