Kapitalizm rodzi się w komunizmie, zaświadczy Jewgienij Popow, dawniej radziecki oficer, dziś biznesmen z Kaliningradu. Handlu nauczył się w Polsce.

– W domu w Uljanowsku było nas dziesięcioro. Na naukę pieniędzy brakowało, więc poszedłem tam, gdzie nakarmili, dali dach nad głową i ubranie. W kamasze. W garnizonie w Bornem Sulinowie okazało się, że jedzenia z przydziału jest więcej, niż mi potrzeba. Po moją kaszę i mięso ciągle ustawiali się chętni Polacy. Kupowałem za to dżinsy, skajowe kurtki i zestawy naczyń. Porcelanę z serii Miłosna z wymalowanymi przy brzegach różami. Piękna rzecz! Sprzedawałem potem to wszystko z zyskiem w ZSRR.

Podpułkownik Rustam z Samary, który służył w Legnicy, Świdnicy i Kołobrzegu, ostatni komplet radzieckiej pościeli zhandlował kilka dni przed wycofaniem armii. – Na bazarze sprzedawałem też wojskowe lornetki. W moim rodzinnym miasteczku była fabryka optyczna, dostawałem je po kosztach.

Pozostało 96% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej