Historię czeczeńskiego blogera Tumsu Abdurachmanowa opisywaliśmy w Dużym Formacie w marcu. W listopadzie 2015 r., jeszcze jako zastępca dyrektora przedsiębiorstwa telekomunikacyjnego Elektroswiaz, w drodze do pracy zetknął się przypadkowo z Islamem Kadyrowem, ówczesnym szefem administracji czeczeńskiego prezydenta Ramzana Kadyrowa. Kadyrowowi nie spodobała się długa broda Tumsu, a także karykatury na duchowieństwo republiki, które miał w telefonie (został przeszukany).

Podczas dalszego przesłuchania zarzucono mu kierowanie sektą religijną i postawiono przed wyborem: ucieczka, a w razie złapania śmierć lub sprowadzenie do kierownictwa republiki wszystkich członków sekty. A ponieważ żadnej sekty nie było, Tumsu z rodziną zdecydował się opuścić Czeczenię. Najpierw szukał schronienia w Gruzji, a kiedy odmówiono mu statusu uchodźcy, przyleciał do Polski. W międzyczasie w Czeczenii wszczęto przeciwko niemu śledztwo w sprawie udziału w walkach po stronie Państwa Islamskiego, choć stemple w paszporcie Tumsu świadczą o tym, że w tym okresie nie mógł być w Syrii.

Pozostało 80% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej