7 stycznia 2015, przedpołudnie. Tignous jak zwykle odwiózł dzieci do szkoły na przedmieściach Paryża i jedzie do pracy. Mówią na niego Titi. Za kilka godzin ten pseudonim obiegnie pół świata, ale na razie on wchodzi do niewielkiej redakcji „Charlie Hebdo”. Jest wesoło, pierwsze kolegium w nowym roku.

Około godziny 11.20 na czarno-białych nagraniach z kamery widać, jak bracia Kouachi przyciskają kałasznikowa do pleców karykaturzystki Coco, zmuszają ją do wystukania kodu i zostawiają przed drzwiami.

Dochodzi 11.40. – Szczęśliwego Nowego Roku! – krzyczy Chloé do słuchawki, gdy dzwoni kuzyn, żeby spytać, co z jej mężem.

– W „Charliem” była strzelanina – wyjaśnił. Kolana się pod nią nie ugięły. Mąż miał umierać już od kilku lat. Gdy w 2011 r. gazeta wydrukowała okładkę z karykaturą proroka Mahometa, ktoś wrzucił przez okno redakcji koktajle Mołotowa. Biuro stało puste. Potem zaczęły się groźby telefoniczne. Szef gazety odpowiadał: „Wolę umrzeć stojąc, niż żyć na kolanach. Nie boję się. Nie mam dzieci, żony, samochodu ani kredytu”.

Pozostało 93% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej