Lato 1984 roku, plaże na południu Bułgarii. Przyleciały już wszystkie ptaki, przyjechali też wczasowicze – ci, którzy wyglądali tak jak my, i ci egzotyczni, z jasnymi brodami, jaskrawymi ręcznikami plażowymi i aurą permisywizmu. Rozpalone niebo przesłaniały tylko polujące na odpadki mewy, które atakowały małe plastikowe tacki po chrupanych przez wszystkich słonych, smażonych szprotkach. Podniosłam wzrok znad zapiaszczonych kartek książki napisanej przez ekscytująco amerykańskiego pisarza Jacka Londona. Sportretowany w „Martinie Edenie” bohater topi się, gdyż sukces literacki nie miał w kapitalistycznym świecie żadnej wartości moralnej. Moją ulubioną powieścią tego autora był „Zew krwi” – o przygodzie, która poszła nie tak, ale jakże podniecającej! Tęskniłam za przygodą.

Jeśli popłynąć z tej plaży na południe – jak to robił mój ojciec, który potrafił zniknąć w morzu na parę godzin – i minąć ławice olbrzymich meduz oraz kempingi słynące z nudystów i przedstawicieli bohemy, zupełnie niepodobnych do naszych nudnawych rodzin, lądowało się w Turcji. Choć Turcja leżała na tym samym wybrzeżu Morza Czarnego, to jednak po drugiej stronie granicy, a tego, co zawierało w sobie słowo „granica” – nawet jego brzmienie wydawało się nieco kolczaste, jak gra-gra wydawane przez mewy – lepiej było unikać. Nawet ja to wiedziałam.

Pozostało 85% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej