Bogusław najdłuższy wyrok miał za morderstwo. Umawiamy się pod Warszawą, wychodzi przed blok.

– Pozna mnie pani po siwej brodzie – uprzedzał przez telefon.

Czeka szczupły, ale mocno zbudowany 70-latek. Siwa broda równo przystrzyżona.

Gdy pierwszy raz wylądował za kratkami, miał 39 lat. Prowadził wtedy dobrze prosperującą firmę instalacyjną. Na utrzymaniu miał żonę i dwoje dzieci.

– Przestępstwa popełniałem pod wpływem alkoholu – zaznacza.

Alkohol, jak tłumaczy, był sposobem na rozładowanie napięć, a napięcia wynikały z „niedociągnięć w małżeństwie”. Problemem okazała się rozbieżność poglądów.

– Byłem komunistą, ateistą. Nigdy tego nie kryłem i od początku zaznaczałem, że nie będę chciał chrzcić dzieci. Żeby w dorosłości same zdecydowały. Ateizm wyniosłem z domu, wydawało mi się to słuszne. Mój ojciec był pierwszym sekretarzem partii w powiecie. Zacząłem pić, bo żona wywierała na mnie presję i z dziećmi uciekała z domu do swojej mamy. Może byśmy się dogadali, gdyby teściowa tak jej nie kibicowała. Wtórowali też bracia. Czasem siłą, ale ja też umiałem się bić, służyłem kiedyś w jednostkach specjalnych.

Pozostało 95% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej