Nasycony atmosferą zadumy świątecznej, a zarazem nadrobiwszy kilka zaniechań filmowych, czas bożonarodzeniowy zakończyłem pokazywanym przez Netflix filmem „Walka: Życie i zaginiona twórczość Stanisława Szukalskiego”. Dokument ten, wyprodukowany przez Leonardo DiCaprio, traktujący o zapomnianym artyście, to jest opowieść o polskim szaleństwie i kto wie, czy nie historia zyskująca aktualność z każdym dniem, albowiem wszystko, co się działo z Szukalskim, stać się może niebawem naszym udziałem. „Walka” to filmowe wydarzenie minionych świąt i nieprzypadkowo sławny aktor ten film w reżyserii Ireneusza Dobrowolskiego produkował. Wszak ojciec Leonarda – George DiCaprio – należał swego czasu do wyznawców Szukalskiego, a dziś ze smutkiem mówi, że dał się oszukać jak dziecko.

Zapomniany geniusz nad geniusze

Szukalskiego odkryli w latach 80. artyści komiksowi z Los Angeles. Jeden z nich w księgarni znalazł stary album z reprodukcjami jego odjechanych rzeźb, pokazał innym maniakom i nagle odkryli, że wizjoner o słowiańskim nazwisku mieszka w biednym domku na przedmieściach, kilka kilometrów od nich. Musieli go zacząć wielbić, bo na tym polega maniackość: trzeba mieć własnego, zapoznanego przez świat geniusza, którego epokowość tylko ty i kilku wtajemniczonych pojmujecie. Zachwycili się rozkosznym staruszkiem, a on trafił na ludzi, którzy w jego geniusz uwierzyli, uznając go za Michała Anioła XX wieku. Ów Michał Anioł kazał nazywać się „Stasiem”.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej