Spotykam się z tym co jakiś czas – ktoś musi wyjawić swój sekret. Pewna kobieta przysłała mi wyznanie: tak nie może wytrzymać roli matki, że kiedy jej kilkumiesięczne dziecko zasypia po karmieniu, ona ubiera się w garsonkę, zakłada buty na wysokim obcasie, zabiera laptop i na godzinę wychodzi do baru lunchowego naprzeciw domu. Udaje pracownicę korporacji. Mąż ani rodzina o tym nie wiedzą. Podejrzewa, że gdyby to wyszło na jaw, odebraliby jej prawda rodzicielskie. Inna kobieta wyznała mi, że ma wielką tajemnicę, o której chce opowiedzieć (wysłuchałem jej do książki), bo „z tajemnicą człowiek nie może żyć sam”.

Chyba to jakiś wewnętrzny paradoks tajemnicy?! Że jednego człowieka jej mało? Zwłaszcza gdy jest wielka, to może być na jedną osobę za ciężka? Ale sekret – mały synek tajemnicy – to co innego. Ten jest lżejszy i lubi poskakać sobie po ludziach. Może chce się trochę ponapawać swoją atrakcyjnością.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej