Odwiedziłam ich trzy lata temu na wyspie na rzeczce Tążyna między Toruniem a Ciechocinkiem. Mieszkali tam w starej drewnianej chacie, którą sami wyremontowali. Gdy jeszcze nie mieli dobrego podjazdu do wejścia, Maciej wciągał Michała na linie. – Rzucał linę, ja węzłem ratowniczym przywiązywałem mój wózek i wciągał mnie do góry – opowiadał Michał. Obaj na wózkach. Obaj około trzydziestki.

Michał miał 16 lat, gdy dowiedział się, że jest chory na zanik mięśni. Jeszcze wtedy chodził, czasem się przewracał. Trzy lata później usiadł na wózku.

Maciej miał jakieś 16 lat, gdy po upadku na meczu – był najlepszym sportowcem w szkole – zaczęły go boleć plecy. Lekarze wykryli guza na rdzeniu kręgowym. Gdy obudził się po operacji, nie czuł nóg.

Maciej opowiadał, że przy życiu przytrzymał go poker. – Przez parę lat włóczyłem się i grałem w karty. To granie mi dało dużo. Bo wyszedłem do ludzi.

Pozostało 96% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej